Nauczyciele kontra uczniowie – związek bez przyszłości

Z okazji rozpoczętych niedawno wakacji, z przymrużeniem oka:

NAUCZYCIELUCZEŃ
Ma wakacje Ma wakacje
Chodzi do szkoły na 18 godz. w tygodniu Chodzi do szkoły na ok 35 godz. w tygodniu
Za każdą godzinę dostaje wynagrodzenie Nie dostaje kasy, musi płacić za przybory, na radę
rodziców, na remont szkoły, na odmalowanie klasy, na
prezent dla nauczyciela
Musi być stale przygotowany z jednego, góra dwóch
przedmiotów
Musi być przygotowany na bieżąco z 10 – 15
przedmiotów
Brak przygotowania się do lekcji:
– „wyciągnijcie karteczki”,
– „róbcie zadanie z ćwiczeń”,
– „nie zadawaj głupich pytań”
Brak przygotowania do lekcji
– „Siadaj pała, Kowalski co z Ciebie wyrośnie gagatku!”
Robi błędy:
– „Kowalski nie wymądrzaj się”
– „Każdemu może się zdarzyć”
Robi błędy:
– „Kowalski weź Ty się do roboty”
– ” Po tylu latach nauki, nie powinno Ci się to zdarzyć,
pała”
Nie sprawdził zadań w ustalonym terminie:
– „Czy wam się wydaje, że ja innego życia poza szkołą
nie mam?”
Nie zrobił zadań w ustalonym terminie:
– „Siadaj, pała. Kowalski ty się weź za siebie, nic nie
robisz całymi dniami, tylko myślisz o przyjemnościach”
Raz na 7 lat roczny urlop na podratowanie zdrowia,
pełnopłatny.
Raz na 7 lat wizyta u psychologa (najlepiej płatna,
prywatnie) w celu uniknięcia wizyty w zakładzie
zamkniętym.
Musi używać prywatne kartki, długopis, drukarkę i
komputer.
Musi używać prywatne kartki, długopis, drukarkę,
komputer plus komputer taty, mamy, kredki siostry,
trampki brata, kolorowe ksero w pracy taty i kolorową
drukarkę w pracy mamy
Musi wymyślić kreatywną pracę na plastykę.Musi kupić farbę do płótna, płótno, sztalugę, 3 rodzaje
pędzli, wszystko do jednorazowego użytku, ¾ farby
zaschnie zanim zostanie wymyślone do użycia na nowo.
Musi włączyć prezentację na szkolnym komputerze.Musi przygotować prezentację korzystając z bezpłatnego Microsoft Office’a, przegrać na prywatnego pendrive’a
ewentualnie przesłać na skrzynkę mailową do pani
korzystając z internetu „Nie siedźcie tyle w internecie!”
Musi zadać sprawdzian ze swojego przedmiotu i
poinformować klasę.
Musi nauczyć się na sprawdzian, również na drugi i trzeci
(choć regulamin szkoły zabrania 3 w jednym dniu,
wówczas nazwie się go kartkówką), jak uczeń ma za dużo w jeden
dzień odpuszcza jeden z nich, inny na który się
nauczył akurat zostaje przełożony, a z tego, co odpuścił
dostaje pałę.
Zasady nie używania komórki dotyczą wszystkich tak
samo.
„Róbcie ćwiczenia…, Zosiu mówiłam Ci, że zupa jest w
lodówce, odgrzej sobie…., Kowalski nie gap się w
komórkę jak robisz ćwiczenia…”
Zasady nie używania komórki dotyczą wszystkich tak
samo.
– „Kowalski odłóż komórkę”
-”Proszę Pani ja tylko muszę napisać mamie, że kończę
godzinę wcześniej, żeby przyjechała po mnie”
– „Nie marudź, to już trzeci minus, masz obniżone
sprawowanie. Sorry Zosiu to nie do Ciebie, Janek już
wrócił?”
Napotyka na trudne zadanie z matmy:
– „ Dobrze, kończymy na dziś, dwa kolejne zadania
zróbcie w domu na ocenę”
Napotyka na trudne zadanie z matmy:
Próbuje najpierw sam, potem mama, tata, w końcu
zadania.pl, a gdy brak rozwiązań przypominasz sobie, że wujek
Stefan kiedyś uczył. Jedziesz do wujka, on drapie
się i dzwoni do kolegi, nikomu nic nie wychodzi.
Ostatecznie robią zadanie, ale wynik nie zgadza się z
kluczem. Na drugi dzień ktoś znalazł na forum
matematycy.pl, że klucz zawierał błąd.
Musi sprawdzić, czy dodatek za wychowawstwo się
zgadza.
-„Proszę Pani, a kiedy musimy wybrać przedmiot na
maturę?”
– „Nie zawracaj głowy, poczytasz w domu w internecie”.
Zakończenie roku:
Musi mieć dużo wazonów
Musi się odchudzić po czekoladkach
Zakończenie roku:
Musi dać Pani kwiatka (ale siara)
Nie zje nic słodkiego przez lipiec, bo mama wydała na
kwiatki i bombonierkę
Reklamy

W wannie już pływa świąteczny… bóbr…

Ciężko będzie zamienić karpia na bobra, a wieprzowinę na żubrowinę (?) (żubrowka już jest😋) ale postęp to postęp.

„Bóbr +” a może „500 boberków dla naszych moherków”?

Do października jeszcze wiele się dowiem ciekawych rzeczy.

Mam zdrowe dziecko – zapłacę.

Wreszcie dotykam tego drażliwego tematu, po którym zostanę zlinczowany i osądzony od czci i wiary. Trudno, ten moment musiał nadejść. Inspiracja to ten artykuł: http://www.msn.com/pl-pl/styl-zycia/spoleczenstwo/list-%e2%80%9emoje-chore-dziecko-rozbi%c5%82o-w-sklepie-butelk%c4%99-drogiego-alkoholu-nie-zap%c5%82ac%c4%99%e2%80%9d/ar-AABUDqU?ocid=ientp

W skrócie streszczę dla leniwych: matka niepełnosprawnego dziecka pisze list, że nie zapłaci za drogi alkohol (70 zł to jeszcze nie jest drogi alkohol), którego butelkę zbiło jej dziecko w sklepie. Kilka cytatów:

„Kiedy masz na wychowaniu niepełnosprawne dziecko, to ludzie wręcz powinni nosić cię na rękach”

„Regały z trunkami pojawiły się nagle na głównej alejce”

„Karanie osoby w mojej sytuacji jest zwyczajnym świństwem. To naprawdę nie moja wina, że te butelki nagle tam się pojawiły”

Rozumiem rozżalenie matki, która zmaga się z zapewne trudną prozą życia codziennego. Nie będę wyrażał swego współczucia i zrozumienia, bo i tak za chwilę wykażę jego brak, zresztą co komu obcemu po moim współczuciu. W realnym wymiarze tzw wsparcie i łączenie się w bólu to na ogół puste frazesy, bo człowiek i tak zostaje sam ze swoimi problemami.

W tym jednak konkretnym przypadku uważam, że oczywiście droga pani – powinnaś zapłacić. Nie powinno mieć znaczenia, czy nie dopilnowałaś dziecka chorego, czy zdrowego. Dlaczego rodzic dziecka zdrowego ma płacić za szkody, a niepełnosprawnego już nie? Czy niepełnosprawni nie raz postulują o traktowanie ich jak sprawnych, na równi? Dlaczego ta równość ma się przejawiać jak rozumiem w przywilejach, natomiast w obowiązkach, czy karach już nie? Wówczas wyciąga się ciężkie działa braku wrażliwości, zrozumienia. Masz dziecko – chore, czy zdrowe, przewiduj co może zrobić, bo znasz je najlepiej i odpowiadaj w pełni za nie. Nie przerzucaj odpowiedzialności na innych, nie tłumacz swojej nieuwagi (regały z trunkami nagle pojawiły się – tzn, co nagle same wjechały, czy tam po prostu stały?) niepełnosprawnością swojego dziecka. Nie wykazuj nadmiernie roszczeniowej postawy, bo wszystko mi się należy (powinni nosić cię na rękach).

Niestety tak często bywa – znam parę przypadków i to niestety bardzo dobrze, gdzie to rodzice, czy opiekunowie osób niepełnosprawnych nadmiernie wykorzystują swoje prawa, czy przywileje pod osłoną niepełnosprawności, a każda próba zwrócenia im na to uwagi wiąże się z napiętnowaniem, że człowiek jest pozbawiony wrażliwości, stajesz się potworem bez serca. Owszem, niepełnosprawnym należą się ułatwienia, przywileje, pomoc w tym finansowa i wsparcie. Ale nie może być tak, że jest to wartość nadrzędna i ma to się odbyć kosztem ludzi sprawnych.

Przykłady? Jak ten ze sklepem. Pewnie, jedna butelka 70 zł krzywdy nikomu nie zrobi w sensie finansowym. Ale wyobraź sobie, że masz sklep z drogimi artykułami ze szkła i przychodzi matka z niepełnosprawnymi dziećmi, albo wycieczka niepełnosprawnych i tłuką te drogocenne przedmioty, które stanowią twój miesięczny dochód. I co robisz, nic tylko się uśmiechniesz, bo to w końcu niepełnosprawni? A ty masz na utrzymaniu zdrowe dziecko, ale nie będziesz mieć co do garnka włożyć w tym miesiącu.

Jest takie miejsce rehabilitacji dzieci niepełnosprawnych niedaleko mnie. Są miejsca parkingowe dla niepełnosprawnych, z których trzeba przejść jakieś 100m do wejścia. Przy wejściu są garaże. Rodzice niepełnosprawnych dzieci nie parkują na miejscu dla niepełnosprawnych, bo mają za daleko (dzieci i tak są w wózkach, więc za daleko dla kogo?), tylko stają przed wejściem i blokują wyjazd z garaży. Stoją tam całą godzinę, czy tyle ile trwa cała rehabilitacja i mają w gdzieś, czy ten ktoś w garażu nagle nie potrzebuje wyjechać. Może on ma zdrowe dziecko, które akurat się spieszy na zajęcia dodatkowe, a może akurat trzeba pilnie pojechać na pogotowie. Kogo to obchodzi? A wystarczyłoby pomyśleć – stanąć bliżej, wypakować się, zaprowadzić do gabinetu i wrócić przestawić samochód. Ale po co, ja mam niepełnosprawne dziecko, wszystko mi wolno.

Znam jeszcze niestety jeden trudny przypadek, gdzie pół rodziny korzysta na przywilejach niepełnosprawnych dzieci. Owszem nikt się nie cieszy z ich chorób, ale jak już są, to mam wrażenie, że to wszystkim na rękę. Pieniądze płyną szerokim strumieniem, do tego stopnia, że ojciec chciał zmienić pracę, bo zaczynał za dużo zarabiać – za dużo! co wiązać się może z utratą części dodatków. Do tego roszczeniowe postawy – nikt nic nie robi z ich dziećmi, a że oni nic nie robią, to co innego. Każdy musi pomagać, ja jestem uprzywilejowana itp, itd, uszy więdną od słuchania, a oczy bolą od patrzenia, nie na niepełnosprawność, ale na postawę rodziców i opiekunów. Mam chorom curke. Znacie to na pewno – to jest podobny przypadek, póki co na razie nie nagłośniony, ale nie zdziwię się, jak przeprowadzi kiedyś podobną akcję. Najsmutniejsze jest to, że te niepełnosprawne dzieci dałoby się przywrócić w znacznym stopniu do sprawności, tylko jakby nikomu za bardzo na tym nie zależało – zamiast poświęcać czas na rehabilitację i ćwiczenie z dzieckiem, ogląda się programy o chorobach i jeździ po lekarzach w poszukiwaniu nowych schorzeń.

Oczywiście, takie przypadki to pewnie margines. Nie uważam, że każdy rodzic niepełnosprawnego to problem. Piszę nie dlatego, że nie rozumiem i nie ma we mnie współczucia, czy zrozumienia. Może ktoś z rodziców niepełnosprawnych to przeczyta i czasem zastanowi się, czy wokół niego nie ma zbyt wygórowanych roszczeń. Trzeba pomagać niepełnosprawnym na tyle ile to możliwe, ale oni też powinni szanować ludzi sprawnych – nie wszystko powinno się należeć z racji choroby. Zresztą to bardziej nie dotyczy samych niepełnosprawnych, bo oni na ogół są rozsądni i chcą być traktowanie na równi ze sprawnymi. To bardziej dotyczy rodziców małych dzieci, którzy czasem zbyt nadmiernie próbują wykorzystać sytuację.

A wracając do tematu – jak miałem mniejsze dzieci i jechałem na wakacje za granicę, to wykupywałem dodatkowe OC na wypadek szkód – ruchliwe dziecko mogło zawsze coś zwalić np. w sklepie z pamiątkami itp, to nie było wcale drogie w stosunku do potencjalnych szkód liczonych w EUR. Nigdy nie musiałem skorzystać, ale to też jakieś rozwiązanie.

Czy naprawdę uważacie, jak autorka listu, że: „Wciąż musimy o wszystko walczyć, a chorzy i ich opiekunowie postrzegani są jak ludzie drugiej kategorii”? Ja czasem odnoszę wrażenie, że tempo zmian w postrzeganiu niepełnosprawności i ich potrzeb idzie bardzo szybko w przeciwnym, pozytywnym dla nich kierunku. To niepełnosprawny musi mieć pracę, w godnych warunkach, odpowiednie warunki lokalowe, musi dobrze zjeść, mieć zapewnione odpowiednie rozrywki, dostać odpowiedź od Hamiltona, uścisnąć rękę Lewego, itd. Pół biedy jak dziecko wie i rozumie kto to Lewandowski i Hamilton, ale czasem można odnieść wrażenie, że ta cała akcja to bardziej dla rodziców. I nie zazdroszczę im tego i nie bronię, ale nie mówmy, że niepełnosprawny jest traktowany dziś jak trędowaty. Jeśli tempo zmian i tzw. świadomości ludzkiej będzie szło w tym tempie, to naprawdę niepełnosprawni nie muszą się martwić o swoją przyszłość, a zdrowy – a co tam jakoś niech sobie radzi. I ostatnia rzecz – każdy, kto ośmieli się napisać słowa krytyki na taki stan rzeczy jest niczym zło wcielone, zostanie albo zwymyślany, albo w najlepszym wypadku zignorowany. Tak to już ostatnio jest, że ciężko o dyskusję, łatwiej o epitety.

Moje zdanie jest takie. Ludzie dziś generalnie są coraz mniej kulturalni, mają kłopot z wyobraźnią (przykład garaży). To nie zależy od tego, czy mają zdrowe, czy chore dziecko. To, że ktoś jest chory, ma chore dzieci nie powinno zwalniać z myślenia i przewidywania (przykład matki dziecka w sklepie). Oczywiście warto też zastanowić się nad przyłożeniem właściwych proporcji (kierownictwo sklepu – może powinno odpuścić). Warto aby ludzie zdrowi i chorzy wzajemnie się szanowali, a nie tylko jedna strona wymagała szacunku od drugiej. W każdej grupie znajdą się ludzie, którzy nie świadczą o ogóle, ale dają zły przykład na zewnątrz (przykład rodziny korzystającej finansowo z orzeczeń na dzieci). Krytykować można każdego, niezależnie do jakiej grupy należy, jeśli ta krytyka jest zasłużona.

Z życia szkoły – ankieta

Dawno nie było o szkole 🙂 Przed chwilą żona wypełniała ankietę da szkoły mojego syna. Wychowawczyni chciała, aby rodzice odpowiedzieli na kilka pytań dotyczących głównie zajęć dodatkowych. Parę było pytań otwartych, miałem niezły ubaw przy paru odpowiedziach, choć raczej przebija z nich smutna rzeczywistość.

Moje żale na szkołę nie biorą się stąd, że chciałbym nic nie robić, a dzieci ledwo się ślizgają. Wręcz przeciwnie. Jeśli oceny są jakimś miernikiem wiedzy i umiejętności, to moje dziecko od kilku lat jest w trójce najlepszej średniej w całej szkole, bardzo dużej szkole. Liczba zajęć dodatkowych = 0, liczba korepetycji = 0. Wszystko, co osiągnął to praca w szkole i w domu pod czujnym okiem rodziców. Przy czym nigdy nie ma presji na wynik, wręcz czasem zastanawiamy się, czy nie odpuścić, ale cóż z mniejszym lub większym wysiłkiem idzie mu nadzwyczaj dobrze.

Teraz szkoła pyta się o ocenę zajęć dodatkowych. Jakich zajęć? Chciałbym, żeby miał możliwość rozwijania swych umiejętności np. z matematyki – kółko matematyczne? – służy do poprawy ocen, kółko informatyczne? halo ktoś słyszał? To może przyrodnicze? – hmm to samo… a wiecie, że w naszej szkole można wybrać w ramach fakultetów lekcje z WF’u – wybór to piłka nożna albo…. nożna piłka…. a np. stoły do tenisa stołowego się kurzą.

Nie, nie oczekuję od nauczycieli, żeby zajmowali się moim dzieckiem za darmo, albo za marne pieniądze. Mogę przecież posłać dziecko na różne kółka w komercyjnych placówkach. Mogę, nie robię tego, bo uważam, że nauki ma aż nadto, niech ma trochę dzieciństwa na przyjemności. Więc o co chodzi – o rozdźwięk pomiędzy szumnymi hasłami które to szkoła ogólnie albo ta konkretna szczególnie głosi – o rozwoju indywidualnym biorąc pod uwagę zdolności i predyspozycje dziecka…. g(..) prawda – nikogo to nie obchodzi, chyba, że chodzi o konkurs, czy olimpiadę, wtedy jak jest sukces każdy chętnie przyzna się do takiego dziecka, jako ukształtowanego przez konkretnego nauczyciela, a on nie zrobił nic aby dziecko do tego konkursu przygotować. Bezimienni rodzice w weekendy drukowali testy i przygotowywali dziecko. Ale to nasz obowiązek przecież. Tak, ale wówczas odpowiednio stawiajmy akcenty zasług.

Współczuję trochę mojemu synowi, który trzyma poziom któryś rok z rzędu, gdzie każda jego „drobna porażka” jest wytykana palcem (o jak to tylko czwórka?), za to na koniec roku choć najlepszy w klasie nie on zbiera pochwały od wychowawcy, tylko Ci, którzy poczynili progres, albo Ci, których rodzice zapraszają wychowawcę na grila 😉 Nie miałbym już motywacji. Nie wiem, czy dziś na studiach nauczycielskich nie ma nic o psychologii?

Tak więc oceniamy w ankiecie zajęcia dodatkowe, których nie ma, albo służą nie rozwojowi, tylko poprawie ocen. Od samego mieszania herbaty nie zrobi się ona słodka, jeśli nie dodało się cukru.

Nie lubię się dzielić – vol. 2

Część pierwsza sprzed paru dni dotyczyła raczej dzielenia się w sensie wynajmowania, współdzielenia w wymiarze bardziej komercyjnym. Ekoterroryzm i pokłosie tej idei.

Dziś zajmę się dzieleniem w innym wymiarze, do czego zostałem poniekąd wczoraj sprowokowany jeśli mogę użyć takiego określenia. Oj nie, żeby mi to spędzało sen z powiek 😉

Człowiek światły, prawy i inteligentny, a już w ogóle religijny jest w pełni w swym człowieczeństwie jeśli umie się dzielić. Dzielić się dobrami materialnymi ze słabymi i potrzebującymi, dzielić się sobą – swym czasem, zainteresowaniem, uwagą, miłością z innymi ludźmi. Tak wmawiają nam wszyscy od najmłodszych lat i nawet dziś wydawałoby się w epoce konsumpcjonizmu, egoizmu i haseł typu „róbta co chceta” akurat to ostatnie w swej przekorności stało się zalążkiem pomagania potrzebującym, a my ludzie łatwo wpadamy w wartościowanie – nie lubi się dzielić – coś z nim jest nie tak.

Zanim przejdę do tego, że tak, o ja okropny nie lubię się dzielić, zastanówmy się nad tym cóż owo dzielenie oznacza.

Materialnie – mam coś to oddaję potrzebującemu. Jak zmierzyć wartość tego daru? Czy jak dam 5 zł na WOŚP to jestem gorszy niż jak wylicytuję na aukcji odrzutowiec? Powiecie to zależy na co Cię stać. No to ile % mojego dochodu np rocznego powinienem rocznie oddawać, aby uznano, że wspieram materialnie potrzebujących? 0,5% – 10%? Może powiecie 1% to jest OK, a ja zapytam 0,95% już nie? Stwierdzimy więc zapewne, że takie matematyczne rozważania nie mają sensu, każdy da to co uważa, jak w ogóle da to jest OK. Hmm, no dobrze – a jeśli nie dam nic na żadną akcję, to nie wspieram potrzebujących? Płacę podatki, składki wypadkowe itp. część z tego idzie na potrzebujących. Powiecie, że to obowiązek. No dobrze, ale jeśli np zarabiam dużo i płacę wysokie podatki i powiedzmy, że obiektywnie matematycznie wydaję więcej na wsparcie potrzebującym niż ktoś, kto nie zarabia i wrzuci czasem gdzieś do puszki parę złotych. Czyj dar jest bardziej cenny? Na pewno pomyślicie o wdowim groszu, ja cały czas niby nic nie robię – płacę obowiązkowe daniny. Dodatkowo mogę przeznaczyć 1% mojego podatku na jakiś konkretny cel. Te moje 1% może być więcej niż Twoje drobne, które dajesz czasem komuś. No to spójrzmy jeszcze inaczej na ten materialny „problem”. Każdego tygodnia widzimy wiele akcji w TV, w mailach, od znajomych (nagle w tej sytuacji masz dużo znajomych) o szczególnie potrzebujących osobach, o pilnych operacjach, itp. Serce Ci się kraje i robisz przelew. Raz, drugi, trzeci… Przychodzą wakacje i dziecko pyta:

„- mogę pojechać na obóz?”

„- nie mam pieniędzy”

W ten sposób dochodzimy do drugiego aspektu dzielenia: niematerialnego. Dlaczego mam odmówić czegoś moim dzieciom tylko dlatego, że są zdrowe i nic im nie jest? W skrajnym przypadku, gdyby miały ojca altruistę oddawałby wszystkie nadwyżki na potrzebujących, w końcu same zaczęły by być potrzebującymi. Ale podobnie jest z czasem, zaangażowaniem itd. Jeśli chodzę do pracy a po pracy będę angażował się w społecznie potrzebne akcje i poświęcał im dużo czasu niejako zabiorę czas swoim dzieciom, którym też jestem potrzebny. Dlaczego one mają być bardziej rozumne i wiedzieć, że no trudno nie mamy rodziców, bo oni pomagają innym. W końcu każdy człowiek chyba jest w pierwszej kolejności odpowiedzialny za najbliższych. Jeśli mam rodzinę, zapewniam im byt, potrzeby nie tylko podstawowe, daję im czas, siebie najlepiej jak umiem, czy to za mało? Czy jeśli teraz napiszę – nie lubię się dzielić z innymi, bo wolę dać siebie rodzinie, to już brzmi to tak samo jak na początku? Czy każdy z nas musi mieć cechy altruisty? Każdy niby jest inny – a co jeśli starcza mi siły i ochoty na bycie tylko dla rodziny, to za mało? Są zapewne ludzie, którzy lubią się angażować w pomaganie innym i ja to doceniam, ale czy muszę być taki sam?

Wiem, że i tak dalej wartościujecie moje słowa – ok, nie za bardzo chyba lubi pomagać, ale po części jest wytłumaczony, bo rodzina…

To brnijmy dalej – rodzina to szerokie pojęcie, dla niektórych więzy krwi są bardzo ważne, piąta pociotka po kądzieli to rodzina, a wg niektórych mąż czy teściowa już nie 😉

Jeśli lubię dzielić się sobą tylko z najbliższą rodziną w sensie podstawowej komórki społecznej, a już z rodzicami i rodzeństwem nie? Straszne prawda? Jak daleko dzielenie powinno być dopuszczalne, aby uznane było przez ogół za bycie człowiekiem? Rodzice, rodzeństwo (szwagier też?), pierwszy kuzyn, którego imienia nie pamiętam i nie widziałem od 30 lat też? A może rodzeństwo moich rodziców, a może dzieci mojego rodzeństwa? Człowiek to jednak ciężkie ma życie, co zrobić jak ktoś nie czuje się zbytnio podzielny i pro-rodzinny?

Tak jak każdy wierzący facet nie zostaje księdzem, a w niedzielę pójdzie do kościoła, każdy kto lubi grać, czy śpiewać nie studiuje na Akademii Muzycznej, ale czasem sobie pośpiewa, tak chyba każdy wspiera kogo chce w zakresie jaki uważa za słuszny i nikt nie powinien w to ingerować ani tego oceniać.

Uff, chyba nadal nie lubię się dzielić (a muszę chcieć?) i dobrze mi z tym… 😉

Wiem, że więcej jest tu pytań niż odpowiedzi, ale ja nie znam odpowiedzi na każde pytanie.

PS – tak, trochę prowokuję, nie wszystko co zostało wyżej przytoczone dotyczy mnie bezpośrednio 😉

„The Secret” – Alan Parsons. Moja recenzja.

Alan Parsons od lat należy do moich jednych z ulubionych twórców. Jako The Alan Parsons Project zna go każdy z piosenki „Don’t answer me”, która do dziś pojawiająca się w stacjach radiowych, nie jest jednak sednem twórczości grupy. Najważniejsze w ich twórczości, która ma już ponad 40 lat (!) to trzy główne nurty:

  1. Ballady z różnymi wokalistami (albo wokalistkami) gdzie głównie króluje ciepły głos nieżyjącego już Erica Woolfsona – współzałożyciela „Projektu”. Tu często pojawiają się charakterystyczne chórki.
  2. Utwory bardziej rockowe lub z pogranicza tzw symfonicznego rocka.
  3. Utwory instrumentalne.

Nie sposób wymieniać wszystkiego, jeśli nie znacie Parsonsów albo znacie tylko „Don’t answer me” czy „Eye in the sky” to polecam na początek takie utwory jak: „Time”, „The turn of a friendly card”, „The eagles will rise again”, „Old and wise”, czy „Days are numbers” albo z nieco nowszych: „Siren song”, „Brother up in heaven”, „Do you live at all?”. Jeśli to wasz klimat znajdziecie znacznie, znacznie więcej.

Choć bardzo lubię Parsonsów to jakoś nie śledziłem ostatnio ich dokonań. I parę dni temu całkiem przypadkowo odkryłem, że wydali nowy album: „The Secret”. Poprzedni album „The valid path” był wydany 15 lat temu, choć w 2013r. pojawiła się kompilacja różnych utworów nie mająca chyba statusu albumu „Fragile”. Mniejsza o to. „The valid path” choć zawiera kilka ciekawych utworów, to nie zachwycił mnie – album jest próbą unowocześnienia brzmienia, pójścia w stronę elektroniki na swój sposób. Natomiast aktualny, świeży „The Secret” jest tym za co Parsonsów lubię. Utwory, które nie rzucają na kolana w pierwszym odsłuchu, ale zyskują z każdym kolejnym razem. Dobra, charakterystyczna realizacja studyjna, ciekawe różnorodne wokale i proste niby w budowie utwory, które jednak nie zawsze są oczywiste. Najbardziej lubię na płycie kawałki takie jak: „As lights fall”, „Miracle”, „Fly to me”, Years of glory”, „Soiree fantastique” i „I can’t get there from here”. Jest to niejako powrót do trochę starego stylu kompozycji z lat 80 – 90 tych. Jeśli znacie ballady, które wymieniłem m.in. wyżej, to w nowych się odnajdziecie. Polecam szczerze, good job Alan 🙂

Nie jestem EKO, nie lubię się dzielić i dobrze mi z tym

Współdzielenie. Modne ostatnio słowo, ale nie tylko na słowach się kończy. Coraz więcej zewsząd informacji, że coraz to nowsze dziedziny życia można współdzielić, wynajmować, wykorzystywać na minuty. Posiadanie nie jest już modne, jest złe, teraz trzeba wynajmować, ale najlepiej nie na stałe, tak aby z jednej rzeczy korzystali różni użytkownicy czasem też jednocześnie. To jest pokłosie pewnego trendu walki o czystą planetę, choć tak naprawdę chodzi o biznes, tylko zasłonięty chwytliwymi hasłami.

Ostatnio gdzieś czytałem fajny komentarz na ten temat, dość dosadny, więc przytoczę sedno przekazu w nieco łagodniejszej formie: żonę / męża też chciałbyś pożyczać, w końcu cały dzień nie korzystasz…?

Tak, z pewnością nie rozumiem problemu i mam to gdzieś. Moja odpowiedź na powyższe wygląda następująco:

  1. Prawie codziennie jeżdżę do klienta kilkadziesiąt km w jedną stronę. Prawie o regularnych porach. Sam w pięcioosobowym samochodzie. Nie zabiorę nikogo, choć parę osób już chciało się zabrać. Bo lubię jeździć sam. Jak kupowałem samochód to wiedziałem, że mnie stać na niego, na paliwo i inne wydatki, więc nie muszę teraz dorabiać do jego użytkowania. Rozmowa z przypadkowymi albo tymi samymi ludźmi codziennie na siłę? Wolę być sam na sam ze swoimi myślami i emitować z rury wydechowej okropne CO2. Zabrać kogoś w ramach dobrego uczynku? Dziękuję.
  2. Nie zabieram dzieci pseudo znajomych z osiedla do szkoły, bo akurat ja wożę dzieci do szkoły a inni chętni też by się zabrali. Parę razy tak było, kończy się na tym, że to ja się muszę do kogoś dostosować a nie na odwrót, inni zaczynają się wyręczać, wówczas mogą być eko i planować życie bez samochodu (bo ktoś inny obsługuje ich dzieci), a znajomymi przestają być gdy powiesz im nie (dlatego pseudo – znajomi)
  3. Wynajmowanie mieszkania – nie rozumiem obecnego trendu boomu na nieruchomości i nowe mieszkania, z których znaczny % jest wynajmowana. Kto to wynajmuje? Nie prościej za te pieniądze spłacać kredyt? Rozumiem sytuacje przejściowe, ale żyć w jednym miejscu latami na wynajmowanym? Wolę własność.
  4. Ostatnio czytałem na jednym z blogów o pomyśle na aplikację – np. chcę coś zjeść szukam knajpy, a program mówi, że ktoś obok ma za dużo zupy i można zjeść u niego. Cudowny pomysł. Idźmy dalej – jestem aktualnie w pracy, może w tym czasie wynająć komuś moje łóżko (w wynajmowanym) mieszkaniu? Przecież akurat nie korzystam.
  5. Nie jestem eco-friendly. Kupuję mnóstwo napojów w plastikowych butelkach, na dodatek w zgrzewkach plastikowych. Piję kawę niezdrową w kapsułkach, z których potem nie robię nawozu, tylko wyrzucam. Nie jestem też jak Anna Lewandowska, która 3 razy zrobi z resztek kolejny obiad.

Pewnie jeszcze wiele innych przykładów by się znalazło ale nie będę więcej siał eko – zgorszenia. W całym współdzieleniu chodzi chyba o to, by dać się nabrać na pewną zależność od kogoś innego. Skoro ja nie mam tylko wynajmuję i pożyczam, tzn że na ogół ktoś tą rzecz której potrzebujesz już ma i zarabia na tym, że Ty nie masz. Oczywiście nie chodzi o to, by wszystko mieć i gromadzić na siłę i jak chcę polecieć samolotem, to mam go kupić. Ale pożyczanie i dzielenie zaczęło się coraz bardziej absurdalne i wchodzi w coraz bardziej prywatne sfery życia. I wszystko byłoby dobrze, gdyby zachowana była dobrowolność. Chcesz jeść zupę z sąsiadem? Chcesz jeździć codziennie do pracy nie wiadomo jak i z kim? Chcesz pożyczać swoją szczoteczkę do zębów? Jak lubisz proszę bardzo. Będzie dobrze dopóki nie będzie nakazów. Mam samochód – nie mogę jeździć sam, mam jeden wolny pokój – przydzielą mi uchodźcę. itd. Obym tego nie doczekał.

Wiem, że świat się kurczy i zasoby się kończą. Trzeba dbać o planetę i żyć racjonalnie. Oby ta racjonalność nie była tylko owczym pędem w celu poprawy statystyk. Jak ze słynną emisją CO2 przez samochody. Zielone strefy w centrach miast, gdzie mierzy się po pewnym czasie stężenie CO2 i jakoś się nie zmniejsza. Bo jakoś powietrze zanieczyszczone nie zatrzymuje się przed znakiem „Zielona Strefa”, tak jak i chińskie zanieczyszczenia nie zatrzymają się na granicy Unii Europejskiej. A my światli Europejczycy będziemy stawiali sobie coraz to nowe ograniczenia i zamieszkamy na drzewach aby być bardziej eko. A Amerykanie i Azjaci będą przyjeżdżać nas oglądać jak my dziś oglądamy zwierzęta w zoo.

Mała Lee – Chan zapyta:

„- Tatusiu – co to jest?”

„- To homo europeicus” – rzadki gatunek, który tak dbał o planetę, że zdziczał i dziś trzymamy go w klatkach, żeby nie zrobił nam krzywdy, bo nam też chciał kazać robić te wszystkie okropieństwa”

Gra o schron

(Sezon: na Leszcza, Epizod: pięćsetnasty, Odcinek: Trzy Całe i jedna siódma)

Obudziłem się zlany potem. Ten sen nie dał mi spokoju. Tylko trzydzieści wyświetleń w tym tygodniu na Instagramie, a już piątek… Trzydzieści? To żart jakiś? Focie były profeska, sześciopak i te sprawy z ładnym tłem. To może zdarzyć się tylko w nocnym koszmarze spowodowanym wypiciem nieco za późno jednej szklaneczki szlachetnego trunku. Był bez lodu, tak Anastazja ma pewien problem ze sobą, jak można nie pamiętać wstawić jak zwykle lód do zamrażarki? Mógłbym jeszcze dać jej taryfę ulgową zanim zrobię kolejną awanturę w tym tygodniu. Wczoraj przyznała się, że coraz mniej znajomych obserwuje jej wpisy na fejsie. Z 250 znajomych zaledwie około 50-ciu polubiło jej ostatnie zdjęcia z naszym Pimpusiem. On jest taki słodki, czy Ci ludzie nie mają mózgu, uczuć żadnych? Ustaliliśmy w związku z tym wczoraj, że pójdziemy do terapeuty. Dobrego specjalistę poleciła nam Jessica, która w zeszłym roku korzystała z jego usług, gdy odszedł Andy… Andy ach ten Andy, pamiętam jego czułą mordkę i jak ładnie aportował…

Trzeba się ubrać, zaraz piąta, w parku będzie pusto, będzie można pobiegać, potem zimny prysznic, kawa, obudzę Tasi, niech wyprowadzi Pimpka i będę mógł zejść do garażu. Do mojego schronu gdzie gromadzę swoje skarby. Antwerpiusz chciałby mieć takie skarby jak ja – niedoczekanie z tej jego pensyjki w marnym urzędzie może jedynie pomarzyć o dźwięku V – ósemki, którym obudzę paru sąsiadów. Niech czują drżenie swego polbruku w swych marnych chałupkach, że nadciąga Pan i Władca w swym matowym rumaku…

Czy należy ograniczyć ruch turystyczny w znanych miejscach?

Nie wiem, czy pierwsza była Wenecja, ale tam już przegłosowano dodatkowy podatek od 2,50 do 10 EUR za dzień na osobę. Ma to podobno ograniczyć liczbę turystów, których jest ok 30 milionów rocznie w tym 30 tysięcznym mieście. Większość z nich przybywa na jeden dzień nie ponosząc większych opłat i kosztów. Dodatkowo pojawiły się także bramki ograniczające podobno liczbę turystów mogących przedostać się do centrum.

Nocując w samym Rzymie płaciłem 3,50 EUR za osobę za dzień tzw. opłaty klimatycznej, czyli haraczu za nic, bo ciężko mówić o jakimkolwiek dobroczynnym klimacie Rzymu, nawet nie łudzę się, że te pieniądze pójdą na poprawę jakości toalet publicznych, co z pewnością poprawiło by nieco klimat Wiecznego Miasta.

Nie sądzę, że 10 EUR kogokolwiek odstraszy i zniechęci do wyjazdu, podobnie jak inne wysokie opłaty klimatyczne. Jak masz zabudżetowany wyjazd i chcesz pojechać w dane miejsce, to dodatkowe pieniądze nie zmienią Twojej decyzji. Więc zapewne pod pozorem dobra mieszkańców i zabytków chce się zrobić skok na kasę.

Jednakże problem nadmiernego ruchu turystycznego istnieje, nie tylko we Włoszech. Zobaczcie doniesienia w wakacje, czy długie weekendy z Zakopianki, czy drogi nad Morskie Oko. Tatry wyglądają na tak zdeptane, że od lat nie chce mi się tam jeździć. Nie przepadam za tłumami, akceptuję je w dużych miastach, bo to nieuniknione, tak na łonie przyrody jakoś źle się z tym czuję. Pamiętam jeszcze jakieś 25 lat temu można było przejść w Tatrach Zachodnich jednym szlakiem i przez 3 godziny nie spotkać nikogo. Dziś to raczej niemożliwe.

Dlaczego tak się dzieje? Czy nagle Zakopane stało się modne? Może Rzym, Wenecja? W sumie sława tych miejsc była taka sama 10, 20 czy 30 lat temu. Pomijając nowe miejsca na mapach, które stają się popularne po jakimś nowym serialu, czy książce. Myślę, że społeczeństwo nie tylko w Polsce bogaci się i stać nas coraz bardziej na wydanie pewnej sumy pieniędzy na potrzebę wypoczynku. Osobną sprawa jest jakość tego wypoczynku. Dziś liczy się zaliczyć, zdobyć, wrzucić fotkę na instagrama i dostać lajka na fejsie. Dlatego turyści będąc pierwszy raz w Tatrach albo może w jakichkolwiek górach ruszają z marszu na Rysy, bo trzeba zaraz zdobyć to naj – największe, najpiękniejsze, najdroższe, najbardziej znane. Ja będąc wiele razy w Tatrach, Rysy z szacunku do najwyższego szczytu zostawiłem sobie dopiero za którymś razem z kolei, do głowy by mi nie przyszło, że za pierwszym razem mogę tam sobie wejść.

Ale co zrobić z tym, że wszędzie w ciekawych miejscach mamy tłumy? Czasem tak duże, że odbierają sens wypoczynku i zobaczenia czegokolwiek, odbierają urok miejscu, które chcielibyśmy kontemplować w samotności, w parze, czy z rodziną? Czy powinniśmy godzić się na to, że przyjemność podziwiania danych miejsc będzie musiała kosztować ekstra, być może tak dużo, że nie będzie nas stać na wyjazdy tak często jak do tej pory? Czy może jesteśmy gotowi dokonywać zapisów na kilka lat wprzód w dane miejsce, bo ilość miejsc będzie ograniczona? A może za kilka, kilkanaście lat zwiedzanie znanych miejsc wcale nie będzie już takie modne, trendy a będzie wręcz passe. Może szczytem ekskluzywności będzie pójście do lasu, albo spacer nad rzeką, bardziej niż zwiedzanie Koloseum?

Włochy, Rzym, dlaczego (nie)warto żałować (czyli o germańskiej duszy)

O tym, dlaczego Rzym jest piękny, za co kochamy Włochy napisano już tak wiele, z pewnością cokolwiek by pozytywnego nie napisać, nie będzie to nic nowego i odkrywczego. Wystarczy parę kliknięć i można zobaczyć te wspaniałe miejsca z odrealnionych zdjęć, które w rzeczywistości wyglądają trochę inaczej i z reguły są nieco bardziej zatłoczone, albo pozastawiane rusztowaniem. Od razu zaznaczam – Rzym, w którym spędziłem cały długi weekend był dokładnie taki jakiego się spodziewałem. Była to moja druga wizyta, po wielu latach, tym razem nieco bardziej dogłębna. Włochy odwiedziłem już też kilka razy, jak i inne kraje, postanowiłem więc zanalizować to zwiedzanie w nieco innym ujęciu, bardzo subiektywnym i nie zdziwię się, jeśli nikt nie podzieli moich odczuć.

Dlaczego w ogóle uważamy, że warto odwiedzić Rzym? Dlaczego rzymskie Koloseum jest bardziej cool niż to np. w Weronie albo Puli? Dlaczego uważamy, że Fontanna di Trevi albo Schody Hiszpańskie są takie wyjątkowe? Owszem są, każde miejsce jest inne i wyjątkowe, ale daleki jestem od porównywania miast ze sobą, stwierdzeń, czy ładniejszy jest Rzym, czy Paryż. A może Ljubljana? A czemu nie? Owszem to Rzym ma więcej zabytków niż stolica Słowenii, ale każdym miejscem można się zachwycić na swój sposób, a w tym pomaga nam nasze nastawienie oraz zewnętrzny marketing.

Mam wrażenie, że wiele osób odwiedzających Włochy jest tak nastawiona pro do tego kraju i ludzi, że podoba im tam się wszystko bez żadnego cienia krytycyzmu. Pewne rzeczy, zachowania, które w naszym kraju uznane byłyby za np. szczyt obciachu, we Włoszech uważa się za swego rodzaju rubaszny folklor, na który patrzymy z uśmiechem.

Oto jeden z przykładów – pan sprzedający ze swego Fiacika kołdry poduszki itp, przed jedną ze stacji metra. Handel obwoźny…


zwróćcie uwagę na palety na dachu, cóż za włoska fantazja i finezja…

Podobnie u nas raczej dba się o samochody, choć lobby anty-samochodowe jest coraz silniejsze (ale o tym kiedy indziej), to jednak nigdzie jak w Rzymie nie spotka się tyle ciekawej radosnej twórczości …

Cóż, jeszcze przydałaby się gumka – recepturka i taśma klejąca, ale tu właściciel akurat miał tylko na podorędziu trochę drutu…

Włosi także bardzo silą się na pokazywanie jakoby są oni zorganizowani, ale jakoś nie bardzo im to wychodzi. Kilku – kilkunastu przystojniaków próbuje Cię wprzódy nakierować, potem ustawić w odpowiedniej kolejce do odpowiedniej bramki, w zależności jaki masz bilet, czy rezerwacje, grupa itd. Po czym wszystkie oddzielne bramki i kolejki i tak po kilkunastu metrach łączą się w jeden ciąg wymieszanych turystów, którym będą sprawdzane za chwilę plecaki i kieszenie. Po co te pozory? Po to, by można było się kłócić do upadłego, że stać musisz dokładnie tu, to nic, że za chwilę przyjdzie wyższy wzrostem i rangą i powie, że tu już nie wolno stać i wywali Cię z kolejki.

Jazda samochodem po włoskiej autostradzie jest męcząca, stresująca i droga. Nie wiem po co tyle wszędzie nawalonego betonu, który w takiej ilości chyba przekłada się na cenę tychże autostrad, włoscy kierowcy nie używający kierunkowskazów i lubujący się w jechaniu po liniach, dwoma pasami na raz. Dziwne, że wjeżdżając do Austrii, czy Niemiec ten sam Włoch już umie jeździć, nagle widzi linie i przypomina mu się, gdzie ma kierunkowskazy. Cóż my Polacy też jakby lepiej widzimy znaki za granicą.

Jeśli lubisz śródziemnomorską manianę poczujesz się jak ryba w wodzie. Ja jakoś jak typowy Polak nie jestem ani trochę ruski ani trochę leniwy, za to mam w sobie chyba trochę germańskiej duszy – wolę niemiecki Ordnung od włoskiego chaosu.

Poza tym Włosi nie potrafią zrobić porządnego WC, o rzymskich tzw. toaletach publicznych powiedziano wiele niedobrego. Niestety raz udało mi się trafić w jedno takie miejsce… boję się do teraz o psychikę moich dzieci… ja jakoś sobie z tym poradzę… 😉

Podsumowując – czy warto być? Tak, na pewno warto pomimo wszelkich minusów, ale jeśli nie możesz tam być z jakiegoś powodu, to w sumie bardzo też nie żałuj.

Create your website at WordPress.com
Rozpocznij