Strajk zawieszony.

Niektóre szkoły wyłamały się wcześniej. Jedno z moich dzieci chodzi już od wczoraj do szkoły.

Szkoda, że się nie dogadali. Chciałbym, aby dostali jakąś konkretną kasę, aby to sobie skonsumowali, przemyśleli i od września przystąpili z zupełnie nową jakością do edukacji moich dzieci. W końcu ta kasa miała zmienić wszystko – jakość kształcenia, moje dzieci miały przez to stać się innymi ludźmi, Polska zaczęłaby rozkwitać, a nauczyciel byłby kompetentnym pedagogiem. Chciałbym tego doświadczyć, serio. Tylko czy w ogóle ktoś w to wierzył?

A tak od września zacznie się niepewność – brak informacji, brak organizacji itd, standard, podobnie jak i teraz. Przedłużymy sobie wszyscy wakacje i zaczniemy wojować z rządem przed kolejnymi wyborami, ale to przecież w trosce o ucznia. Jakby stan konta nauczyciela miał wpływ na obce dzieci. Niektórzy nie potrafią nawet powiedzieć, nie musicie nosić już tych książek, skoro je skończyliśmy przerabiać, w sumie może skorzystamy. I przez to może plecak waży więcej niż zakupy z marketu. Ale jak dostanie jeden z drugim 1000 zł więcej to wówczas przypomni mu się, że nie trzeba jednak tego nosić, jakby od bycia po prostu człowiekiem z nieco większą wyobraźnią (w końcu wykształcenie zobowiązuje) dzielił nas stan posiadania.

Oby nauczyciele przez wakacje, albo przez te ostatnie 2 tygodnie, które są do dyspozycji dyrektora, poszli do tej szkoły, posiedzieli 8 godzin, podyskutowali co zrobić, aby wszystkim było lepiej, nie tylko im samym. Niech dyskutują i zmieniają szkołę na lepsze. Siedzenie i układanie nowych piosenek i malowanie plakatów nic już nie pomoże. Może słabej jestem wiary, ale nie wierzę, żeby większość zrobiła jakikolwiek rachunek sumienia, aby to co już się wydarzyło zmieniło cokolwiek na lepsze. Będę obserwował…

Reklamy

Świąteczne szare pejzaże

Ufff, jeszcze tylko jutro, choć to będzie najgorsze.

Dwa ostatnie dni poza obowiązkami świątecznymi udało mi się zrelaksować odrobinę:

W Wielką Sobotę około południa mało spacerowiczów – to lubię 🙂

a to dziś:

Widok jak widok – tysiące takich w Polsce 🙂

Oczywiście nie licząc relaksu w postaci jedzenia i picia, chociaż niektóre z moich organów relaksem by tego nie nazwały.

Chciałem jeszcze coś dopisać, ale nie będę się wywnętrzniał bo i po co 🙂

Taki mały przerywnik, żeby nie było tylko o nauczycielach, przedsiębiorcach itp. W Święta nawet zwierzęta mówią ludzkim głosem 😉 W tamte Święta, no wiem przecież… 🙂

Precz z samozatrudnieniem i wszelaką prywacizną!

To co wczoraj usłyszałem w wiadomościach ekonomicznych w jednej ze stacji radiowych podniosło mi znacząco ciśnienie. Ale od początku.

W zasadzie nic nie powinno mnie zdziwić po ostatnich pomysłach fiskusa, wdrożonych zresztą już w życie. Schematy podatkowe – jak zwykle nasz kraj wyszedł przed szereg i wdrożył to coś wcześniej niż dyrektywa unijna nakazywała, na dodatek rozszerzył znaczenie samego pojęcia o transakcje krajowe. W skrócie – ja to nazywam ustawą „donosicielską”. Mam donosić do odpowiednich służb, że coś wiem, że ktoś chce coś zrobić, co być może przyczyni się do zapłacenia niższego podatku, nawet jeśli to działanie jest w pełni legalne. Wcześniej ceny transferowe, jpk, wszystko idzie w kierunku totalnej inwigilacji. I najciekawsze, że zawsze słyszymy zapewnienie – jeśli jesteś uczciwy, nie masz się czego obawiać. Czy aby na pewno?

Tu dochodzimy do wczorajszego nju’sa. Ministerstwo Finansów opracowuje test dla przedsiębiorców, aby sprawdzić czy faktycznie prowadzą oni działalność, czy nie są samozatrudnieni, czyli de facto pracują u pracodawcy pod pozorem działalności. To już słyszałem wcześniej. Nowością było to, że mają zbadać wstecz tego typu praktyki i oprócz naliczenia wstecz za 5 lat składek ZUS dla winowajców plus odsetki mają również nałożyć kary dla obu stron za oszukiwanie Państwa. Rozumiecie tą logikę? Oszukiwanie? Czy samozatrudnienie było lub jest obecnie nielegalne? Jak jesteś uczciwy, to nie masz się czego obawiać. No to jestem, robię wszystko zgodnie aktualnie obowiązującym prawem, a potem zmieni się prawo, coś co było wczoraj legalne, dziś już nie jest i wpadnę do jednego worka z mafią VATowską – ten niedobry prywaciarz…

Najpierw tworzymy coraz bardziej zagmatwane prawo, potem rozbudowujemy coraz bardziej apart do sprawdzania stosowania tego prawa, a na koniec wykazujemy, że wszelkiego rodzaju aktywność jest nielegalna. Tylko jak już wykosimy wszelkich przedsiębiorców, to co ten aparat sprawdzający będzie miał do roboty? OK, wytnijmy w pień mafie VATowskie, zlikwidujmy samozatrudnienie, co roku zawężajmy zakres czynności, które są legalne aż staniemy przed ścianą – kto tu będzie chciał prowadzić biznes?

Owszem, wszędzie zdarzają się nadużycia, patologie i przekręty, z nimi trzeba walczyć poprzez udowodnienie, że robisz źle. Dziś to każdy jeden przedsiębiorca musi udowadniać, że nie jest tym złym, tzn z założenia jest nieuczciwy. Wiele osób i tak znajdzie rozwiązanie, aby uniknąć najgorszego. Każde z nich to tak czy inaczej dodatkowe koszty czyli zmniejszenie dochodu. Nauczycielom nie chcą dać więcej, przedsiębiorcom za to zabierają z tego co mają poprzez coraz to nowe ograniczenia – tak jak z wydatkami na samochód, leasing, coraz to nowe obowiązki – także czasochłonne, za które nikt nie płaci tylko jeszcze zabiera. Trochę zmienia się optyka, jak mogłoby się zarobić więcej, a inaczej jak zabiera się to co już masz wyzywając przy okazji od złodziei i kombinatorów.

Czy mamy się rozwijać poprzez ograniczanie? Ciekawe podejście. Stawianie kłód pod nogi, coraz bardziej wymyślnych to jest prawdziwy test dla przedsiębiorców. Oni sobie poradzą – tak myślą kolejne Rządy. Gdzie jest granica absurdu? Może trzeba też ogłosić strajk i powszechną mobilizację?

Frania + Franek = Frankowicze?

Przed usunięciem kolejnego spamu pt. „Pomoc Frankowiczom” postanowiłem zajrzeć jaką to potencjalną pomoc przegapiłem. Najbardziej spodobał mi się punkt: „Sprecyzujemy roszczenie o odfrankowienie Twojej umowy kredytowej”. Muszę zapytać znajomej polonistki 😉 czy jak kredyt w PLN to będzie „odzłotówkowanie” w EUR: „odeurowienie” w Jenach Japońskich: „odjenowienie” czy może raczej „odjeńcowienie” (nie brać jeńców). Swoją drogą mieszkańcy Rumuni mający walutę „Lej” musieliby się „odlejować” a real brazylijski to „odrealnienie” w rytmie samby.

Nie żebym próbował wyśmiać cokolwiek, o nie. Sprawa jest bardzo poważna.

Przyszedł taki jeden bankowiec z drugim jakeśmy spali i naszą ręką nieświadomie postawił za nas podpis na umowie. Potem przez jakieś 10 lat straciliśmy paru znajomych, bo w sumie po co mi tylu znajomych, jak każdy ma tak samo na imię tzn „frajer”. Ja to żem był inwestor strategiczny i przewidujący. Do czasu jak CHF podskoczył do 4 zł, bo tego nikt nie mógł przewidzieć, jak Franek był po 2 zeta.

Była kiedyś taka akcja – „Lechu oddawaj moje 100 mln” Pamiętam jeszcze jak obiecywał. Tylko nie pamiętam, żebym miał wtedy 100 mln, więc nikt nie mógł mi nic zabrać. Nie czuję zatem do nikogo żalu, że może mógłbym je mieć (mówimy oczywiście o walucie przed denominacją). Ja wiem, że podstaw ekonomii kiedyś nie uczyli, ale nie trzeba mieć doktoratu z zarządzania rynkami finansowymi, aby wiedzieć, że rynek jest zmienny, zwłaszcza jak mówimy o perspektywie 30 letnich kredytów.

Nie żałuję tzw. frankowiczów. Żałować mogę jedynie, że tak mało z nich miało realne, rzeczywiste problemy, z bankructwem włącznie. To, że trzeba płacić parę stówek więcej przykryło pinćset plus i po sprawie. Nie ma mojej zgody na finansowanie czyiś fanaberii i braku perspektywicznego myślenia. A jak skorzystałeś z rynkowej okazji, bo było taniej, to nie płacz, że teraz masz gorzej, zresztą teraz nikt już chyba nie płacze, najgorsze dawno minęło, teraz zwąchało się szansę zarobienia.

99% tzw frankowiczów podejrzewam, że prawdziwego franka szwajcarskiego nie widziały na oczy, a szkoda, waluta jest ładna. Podobnie jak cała Szwajcaria. Też była tania jak CHF był po 2 zł, może ktoś zwróci mi różnicę kosztów wycieczki po Szwajcarii pomiędzy dzisiejszym 3,7 a niegdysiejszym 2 zł? Dom, wycieczka – co za różnica?

Czy każdy musi lubić Święta?

Wielkanoc jest chociaż spokojniejsza w swojej atmosferze. Radio nie transmituje co godzinę „Last Christmas”, mikołaje nie zaczepiają na ulicy, a w zakładach pracy gorączkowo nie następuje pakowanie prezentów kupionych dziś rano w promocji w markecie. Są za to kurczaki, zające, jajka, idzie wytrzymać.

Nie lubię tych wszystkich podniosłych chwil, gdzie na zawołanie trzeba być świątecznie usposobionym, bo akurat mamy umowną datę na danego rodzaju celebrację. Najgorsze są chyba wspólne życzenia świąteczne w zakładach pracy, opłatki i inne tego typu „wydarzenia” gdzie tak naprawdę nikt nikomu nic nie życzy, albo czasem na co dzień nie życzy nic dobrego a tu proszę jaka nagła odmiana, uśmiech nr 7 i… jadziem z dziadziem

W domach trzeba kupić wszystko co niezbędne a także zbędne, wiedząc, że i tak połowy nie zjesz, bo pójdziesz do mamy, babci, wujka i tam o rety – niespodzianka, też pełna lodówka (jak oni na to wpadli?). Święta to ulubiony okres dietetyków, którzy zbierają siły przed wzmożonym ruchem tuż po NICH, w sumie dobrze to urządzone – na wakacje jak znalazł – dadzą radę nazbierać, na całkiem dobre wakacje.

Jak dobrze, że na Wielkanoc nie trzeba śpiewać w rodzinnych gronach „Zwycięzca Śmie-e-rci…” tak jak na Boże Narodzenie trzeba obowiązkowo wyśpiewać jakąś kolędę, chociaż każdy z domowników uderza w inną, sobie znaną tonację nierzadko ocierając się nawet o ćwierćtony (nie mylić ze wskazaniem wagi tuż po świętach).

Już za parę dni Święta, tzn w sumie za ile? Jaki dzień to już Święta – Wielki Czwartek, Piątek, a może po prostu Niedziela? Niektórzy mierzą obowiązkowością pójścia do kościoła – czyli trzeba tylko w niedzielę – więc to jest święto. Bardziej wtajemniczeni i głęboko w wierze wiedzą, że o nie nie – Święta to już Wielki Czwartek – sakramenty przecie i nasi dusz – pasterze mają swój rzec by można „Dzień Nauczyciela”. A niepraktykujący to już świętują w zależności od tego kiedy wolne mają. Swoją drogą ciekawe, czy nauczyciele strajkują też w czasie gdyby normalnie mieli już ferie? Będą siedzieć do piątku? Nie żeby mnie to jakoś specjalnie interesowało, taka dygresja.

Generalnie czas spędzony z rodziną (jak ktoś lubi) to owszem jest jakaś wartość dodana. Dodane jest jak zwykle drugie święto nieco na siłę (jak w Bożym Narodzeniu), czyli jak każdy zwykły weekend plus jeden dzień ekstra. Wszyscy po-przeżywają w sumie każdy co innego, większość nawet nie będzie wiedziała co, duża część zapomni, że w ogóle coś się działo wczoraj (…) i tyle, wrócimy bogatsi o parę kg w oczekiwaniu na kolejny przedłużany weekend…

W wakacje idziemy do szkoły!

Znowu o nauczycielach i ich proteście – cóż, póki co temat przewodni.

Zgodnie z tytułem tak to się zapewne skończy, rząd z kpiącym uśmieszkiem zarządzi czas strajku do odrobienia w wakacje, co dopiero wkurzy rodziców i uczniów (trzeba było zaplanować wcześniej, to by się wyjazdy zaplanowało wcześniej, nie każdy lubi korzystać z last minute – jedna moja znajoma właśnie wypoczywa pod palmami z synem).

Dziś rozmawiałem z rodzicielką przez telefon (emerytowaną nauczycielką z 40 letnim stażem), wyjątkowo długo bo zeszliśmy nt. strajku. Nie dogadamy się – ona mi o badaniach, że ktoś kiedyś wyliczył, że nauczyciele pracują 47 godzin. Nauczyciel musi się przygotować itd… te same śpiewki. Mamo, mam dobrą pamięć, choć to dawno było. Jakie 47 godzin? O której wracałaś do domu po średnio 4 godzinach w szkole dziennie? Ile prac miałaś do sprawdzania, ile różnych klas ucząc 1-3? Wiem, teraz obowiązków jest więcej, ale o tym micie 40 godzin już pisałem. Nie będę tego powtarzał.

Dobrze, że tata, również stary belfer nie wtrącił się, bo belferskim sposobem urwałby dyskusję, bo belfer i starszy ma zawsze rację. On chociaż pracował wiele lat nie tylko w szkole, w szkole zaczynał i kończył, stąd przywiązanie i solidarność, ale przynajmniej wie, co to inna praca- pamiętam jak już istniały pierwsze komórki – „cegły”, jak o północy stawał na baczność, bo dzwonił szef i trzeba było zdawać relację. Nie, to przecież tylko nauczyciele w domu pracują i o pracy myślą. Jakoś pod koniec kariery wrócił do szkoły i z rozrzewnieniem do dziś wspomina ją, nie pracę bardzo dobrze płatną, ale ciężką.

Ja też dziś wcale nie starałem się myśleć o pracy, tylko jakoś na jutro starałem się przygotować różne takie tam dane, zestawienia, wyjaśnienia, w sumie niedawno skończyłem, a zacząłem gdzieś koło obiadu, albo już przed…

W wakacje mam inne plany, dzieci nie poślę. Byliśmy gotowi na szkołę teraz. Załatwcie to inaczej.

Talent shows

Tania rozrywka dla znudzonej gawiedzi. Na tym mógłbym zakończyć wyrażając swój negatywny stosunek do wszelkiej maści programów, które wypełniły czas antenowy. Czasem z braku innych alternatyw chwilę obejrzę, w końcu wroga trzeba znać.

Nie podoba mi się formuła oceniania uczestników. Dziś każdy Polak nie tylko jak do tej pory znał się na piłce, dziś zna się już na śpiewie, tańcu, skokach do wody itp. Dyskusje na temat piruetów i fałszowania przeniosły się pod strzechy wypełniając dyskusje, spotkania, rozmowy przy papierosie w pracy, a pijąc kawę urzędnicy zastanawiają się komu nie dadzą szans w przyszły weekend.

Niepokojące jest to, że ludzie poczuli się znawcami, osobami, które mogą wypowiedzieć się na każdy temat, krytyka przychodzi nam teraz niezmiernie łatwo. Do tego jurry, które im dosadniejszy i głupszy komentarz, tym lepiej dla oglądalności programu. To przez takie programy ludzie stali się zbyt śmiali, zbyt odważni, zbyt skorzy do wygłaszania sądów na tematy o których nie mają pojęcia. Rozrywka stała się synonimem stawiania lajków i wysyłania smsów. Do tego gwiazdy, które w efefnastej edycji są już gwiazdami pokroju „moim największym osiągnięciem jest to, że di Caprio na mnie spojrzał… w kinie… z ekranu…” lub „Jestem znana z tego że jestem znana…”

Fascynujące….

Na razie śpiewają piosenki i dostają obiady…

Nie, no umieram ze śmiechu… Proszę, szanujcie siebie. Czy tymi infantylnymi piosenkami i niepoważnymi wypowiedziami chcecie sobie zasłużyć na szacunek? Filmiki będą krążyć w sieci jeszcze długo, a uczniowie to bezwzględnie wykorzystają. A potem znowu będzie płacz i zgrzytanie zębów, że to rodzice są wredni.

Często odwołujemy się do starych szkół i belfrów starej daty. To wyobraźcie sobie waszego starego belfra z czasów młodości w garniturku, zawsze kulturalnego, kłaniającego się paniom, zdejmującego czapkę przy każdym pozdrowieniu…

I nagle to on pewnego razu niezadowolony ściąga swój sławny garnitur, zakłada badejówy, ciemne okularki i śpiewa o swoich utraconych milionach…

i nagle traci cały swój urok i szacunek…

Co będzie dalej? Gdzie leży granica śmieszności? Przy całej powadze problemów edukacji nie słyszę poważnych postulatów, tylko głupawe piosenki, opowieści z krypty o zabieraniu pracy do domu, a najpoważniejszy postulat to kasa.

Co ma Liga Mistrzów do strajku nauczycieli?

Wczoraj oglądam mecz Manchester – Barcelona i w pewnym momencie komentator mówi o jednym z zawodników Manchesteru, że podpisuje niebawem nowy kontrakt. Będzie zarabiał już nie tylko 80 tys. funtów tygodniowo tylko 300 tys. Zaśmiali się także, że już teraz mu starczy nie tylko na chleb ale i na wędlinę… 300.000 GBP. Dzisiejszy kurs średni 4,972 co daje 1.491.600 PLN tygodniowo czyli jakieś w zaokrągleniu 6 mln zł miesięcznie. Ów piłkarz rzekłby no sorry ale to brutto… no tak to zmienia zasadniczo postać rzeczy…. 🙂

Co do tego ma strajk? Otóż zaraz pomyślałem, że nie może to być, aby jakiś tam piłkarz, którego nazwisko mam na końcu któregoś zwoju mózgowego, ale tak się składa, że akurat przypomnieć sobie nie mogę, zarabiał tak dużo, toż to zwykły kopacz piłki, pewnie bez wykształcenia nawet. A nauczyciel, co niesie kaganek oświaty?

Więc przyszło mi do głowy, że nauczyciele powinni zmienić żądania. Nie powinni patrzeć na średnią krajową (notabene, jak taka duża grupa dostanie 1000+ to ta średnia wzrośnie i znowu będą do tej średniej niedomagać). Wyznacznikiem ich pensji powinna być średnia zarobków w Ekstraklasie. Nie wiem jaki to powinien być %. Myślę, że aby budzili szacunek, to nie może być mniej niż 100% średniej w Ekstraklasie.

Na miejscu rządu bez wahania bym obiecał, w końcu i tak miliardy będą płynąć szerokim strumieniem…. Likwidacja luki VAT, ceny transferowe, schematy podatkowe. Ktoś mnie prosił, abym nie mówił, że przedsiębiorcy finansują nauczycieli. OK, to my strażaków a nauczycieli rolnicy – lepiej? 😉

Strajk nauczycieli

Czy tylko mi się wydaje, że wszyscy w przestrzeni publicznej są za nauczycielami, a jak z kimś się porozmawia prywatnie, to nie licząc współmałżonków nauczycieli, to większość jest przeciwko?

Zarobki nauczycieli – nie wiem jakie właściwie są, tu relacje są bardzo sprzeczne i rozbieżne. Nie ulega wątpliwości, że zarobki osoby z wyższym wykształceniem, która niby wykonuje dodatkowo jakąś „społeczną misję” nie powinny być poniżej poziomu 2000 zł na rękę, z tym się zgodzę, ale dalej jest tylko pod górkę.

Tzw. „misja społeczna” – osoby w moim wieku pewnie pamiętają taki wierszyk zaczynający się od słów „Murarz domy buduje (…)” Julian Tuwim „Wszyscy dla wszystkich”. Pewnie dziś odczytywany jako pochwała socjalizmu i utopijnej równości, ale przesłanie jest przede wszystkim takie, że każdy z nas wykonuje jakąś pracę, która czemuś służy. Może coś jest jednemu mniej potrzebne, innemu bardziej, edukacji doświadcza w życiu każdy z nas. Wybór zawodu nauczyciela, jak każdy inny, nie wiem skąd ta powszechna chęć uzyskania jakiegoś wyjątkowego szacunku, estymy, uznania. Na to każdy pracuje indywidualnie, na szacunek zasługuje dobry pracownik na kasie w markecie, sprzątaczka, która dobrze wykonuje swoją pracę, dobry lekarz i dobry nauczyciel. To nie są przymioty dane z góry z racji przynależności do danej grupy.

Protest. Mój odbiór jest taki, że nauczyciele chcą kasy. Kasa, kasa, kasa, 1000 zł albo strajk. Jakoś nie akcentuje się zmian w edukacji, reformy karty nauczyciela, a dzieci, a kto by o nich pamiętał. Nie wiem jak wy, ale ja obserwuję z żalem, że dla większości nauczycieli dziecko jest tylko narzędziem pracy, tak jak dla montera wiertarka. Coś co się używa w trakcie wykonywania czynności, a po zakończeniu pracy zostawia się byle jak byle gdzie. Jak się zgubi albo zepsuje, kupi się nową.

Pensum. Drażliwy temat dla nauczycieli – wy nie nauczyciele nie macie pojęcia ile trzeba sprawdzać prac, przygotowywać się, ile biurokratycznej mamy pracy, a dokształcanie się, zebrania, uzupełnianie dziennika, uff straszne rzeczy…

Naprawdę? Na studiach nie było praktyk, żeby zobaczyć jak wygląda ta praca? Nie było czasu, żeby uciec jeśli to tak straszne? Zatrzymajmy się szerzej nad tym „problemem”.

18 godzin lekcyjnych to jest 13,5 godziny zegarowej. Niektórzy tyle pracują dziennie. Przygotowywanie się do lekcji – owszem trzeba, na pewno więcej czasu zajmuje to stażystom i im bardziej doświadczony nauczyciel, to idzie mu to coraz łatwiej. Pisanie konspektów – tylko stażysta. Sprawdzanie prac – jak wyżej, im większe doświadczenie, to dobry nauczyciel potrafi zrobić to szybko. Wiem, jakby co – sam uczyłem i sprawdzałem prace. Załóżmy, że mamy nauczyciela matematyki i jego pensum 18h. Dla uproszczenia obliczeń przyjmijmy że ma 6 klas po 3 h z każdą klasą. W każdej klasie jest 25 uczniów. Co 2 tygodnie mamy sprawdzian / kartkówkę. Oznacza to, że do sprawdzenia jest 25 x 6 = 150 prac co 2 tygodnie. 1 praca to max 5 minut, czyli mamy razem 150 x 5 = 750 minut tj. w zaokrągleniu 12,5h co 2 tygodnie czyli 10 dni roboczych czyli 1 godzina i 15 minut dziennie. Czyli zaokrąglijmy do 6,5h w tygodniu to razem mamy już 13,5 + 6,5 = 20 godzin. Wpisanie ocen do dziennika na ogół elektronicznego, plus korespondencja itp. ile 1 godz dziennie? To już mamy 25h. Zebrania w szkole, rady pedagogiczne itp – codziennie są? No sorry, jak doliczę jeszcze 5 h na tydzień to i tak dopiero mamy 30h. A gdzie pozostałe 10h?

Reasumując, 18h lekcyjnych to teoria, ale nie wmówicie mi, że pracujecie więcej niż 40h w tygodniu – jeśli tak jest tzn, że masz za dużo nadgodzin, albo sobie nie radzisz, zła organizacja pracy.

Jestem za większym pensum. Ponieważ im większe doświadczenie, stopień zawodowy, tym łatwiej przygotować się do zajęć, sprawdzić, zorganizować się, to pensum powinno rosnąć wraz ze wzrostem stopnia zawodowego. Od 18h do np. 28h. Oczywiście wraz ze wzrostem pensji, tak aby w przeliczeniu na godzinę i tak ta tablicowa godzina pracy była przy każdym awansie więcej warta. Wówczas jak nie chcesz się przepracować zostajesz na etapie kontraktowego, nikt nie każe być dyplomowanym. Chcesz więcej kasy – zapracuj.

Dokształcanie. Przecież musimy… really? W godzinach pracy? Kto tak ma? Na ogół ludzie na etatach chcą się dokształcać to idą na studia zaoczne, wieczorowe, zdobywają np drugi fakultet, gdzie rzadko kiedy pracodawca przekuwa to na większa pensję, ot taka sobie fanaberia…

Jakość kształcenia. To mnie najbardziej boli. Mam dwójkę dzieci w różnych szkołach, podstawowa i średnia. Nauczycieli już przewinęło się mnóstwo. Wniosek jeden – szkoła realizuje dziś 2 cele: Odpytać i zadać. Nauczaniem mają zająć się rodzice, korepetytorzy, internet. Jak dziś nauczyciel dostanie 1000 zł więcej, to nagle zacznie uczyć? Nie, on zgarnie swoją dolę, a ja dalej będę odwalał za niego jego pracę. Dlaczego tak jest, że jak dziecko ma nowy dział z matmy, to przelicza się jedno zadanie, potem zadaje się do domu zrobienie 6 nowych, gdzie w każdym jest już coś innego, co trzeba dziecku wytłumaczyć. Dlaczego na polskim pani zadaje napiszcie np. recenzję, nie mówiąc jak powinno się to prawidłowo robić, oczywiście na jutro i na ocenę. Bo można znaleźć instrukcję w internecie? OK, to w takim razie po co mi szkoła, nauczyciel, obowiązkowa edukacja, skoro wszystko można doczytać, znaleźć? Sami sobie kręcicie bata na waszą użyteczność.

Wczoraj rozmawiałem z dziećmi. One mogłyby zostać w szkole na dłużej, pod warunkiem, że nie będą musiały potem w domu nic robić. Żadnych zadań, wkuwania, projektów, prezentacji, rysowanek, wydzieranek i innych pierdostanek (oczywiście prawie na każdy przedmiot niekoniecznie plastyka czy zajęcia techniczne).

Poza tym główny argument, że chyba nie chcecie, aby wasze dzieci uczyli ludzie sfrustrowani swoimi zarobkami. Nie, nie chcę. Ale chyba nie zarabiali oni 10 tys i ktoś im zabrał. Podpisywali umowę i na coś się godzili, trzeba było nie godzić się. Jeśłi się zgodziłeś, to wykonuj swoją pracę z pełnym zaangażowaniem.

I na sam koniec. Strajkuje się chyba w miejscu pracy nie wykonując swoich czynności. Nie stawienie się w pracy to nieobecność nieusprawiedliwiona, którą tak chętnie wpisujecie swoim uczniom…

Create your website at WordPress.com
Rozpocznij